Parę dni temu byliśmy w Dublinie. Wzięliśmy psa ze sobą bo chcę żeby przyzwyczajał się do ludzi na ulicach. Na O'Connell Street ludzi jest masa więc psiak szedł powolutku, obserwując ale ogólnie wyglądał na zszokowanego tym, że tyle tu tego TATAŁAJSTWA!!!
Zaczęło się gdy z naprzeciwka wyłoniła się mamusia z synkiem w wieku około lat 10-ciu. Rozmawiała z nim chyba po Litewsku ale po chwili wskazała mojego Bullcia i PO Angielsku powiedziała do dziecka żeby zapamiętał że TO jest bardzo niebezpieczny pies.Dziecko zbladło, kiwając głową na tak poszło dalej po ścianie. Poczytałam trochę forum i wiem, że zawsze radzicie żeby olewać. Dobra-olałam.
Poszliśmy dalej boczną uliczką. Na krawężniku siedziało z siedmiu taksiarzy, pies przeszedł na wysokości ich oczu i jeden z nich zadał pytanie wypowiedziane w przestrzeń "jakim prawem ja prowadzę tędy tego Pierdo.....ego, białego smoka?"
Zrobiło mi się na zmianę zimno i gorąco i już miałam mu nawsadzać od boloksów kiedy mój własny chłop kazał mi iść dalej i olać.
Pomijam już sytuację na przystankach kiedy ludzie okrążali nas boczkiem, boczkiem...
Zmieniłam zdanie o Irlandczykach a przynajmniej tych miastowych i utwierdziłam się w przekonaniu, że problem w postrzeganiu Bullków wynika z naświetlania a raczej z prześwietlania problemu ich niby agresywnej natury której ja osobiście nie stwierdziłam.
Ja mieszkam na prowincji (za co Bogu dzięki) i w mojej mieścinie nie spotkałam się z podobną reakcją. Nawet Garda (policja Ie) zachwyca się nad oryginalnym wyglądem białasa.
Trochę się wybebeszyłam - wybaczcie ale gdzieś ta para ujść musi
