szkoda moich wysilkow na pisanie kolejnego postu na temat bostona, ale chyba jednak czuje taka potrzebe...
z mojej strony dokonalam wszelkich staran, zeby pomoc i wam i psu. przesiedzialam kilkanascie, moze i kilkadziesiat nocy studiujac psi behawioryzm i wszelka lekture o problemach z psychika psow, w tym agresywnych, jaka tylko znalazlam w necie. ponadto konsultowalam sie z behawiorystami (niestety wylacznie mailowo i telefonicznie, ze wzgledu na ilosc dzielacych km - ze szczecinem i krakowem). z duzym zainteresowaniem oddal sie tej sprawie grzesiek - behawiorysta ze szczecina posiadajacy 2 bullice - ktory zaprosil marcina wraz z psem do siebie na tydzien (za darmo!!!), zeby tam przyjrzec sie zachowaniu bostona i jego przewodnika i nauczyc jak ma z takim psem postepowac. niestety to zaproszenie zostalo odrzucone. poza tym, kiedy wy opalaliscie tylki na plazy w cieplych krajach, ja ciezko pracowalam z pozostawionym mi podopiecznym. mialam wtedy sporo czasu, by go poobserwowac i poeksperymentowac z metodami szkolenia (wylacznie pozytywnymi - przyznaje, ze zanim oddalam sie lekturze o behawioryzmie i zwichrowanej psychice, popelnilam kilka bledow, stosujac metody, ktore u normalnego psa z checia dominacji by podzialaly, a u bostona odnosily skutek odwrotny, ale byly to moze 2 takie sytuacje z moja bledna reakcja na akcje). przede wszystkim odkrylam, - co jednak nie bylo tak do konca oczywiste - ze boston jest psem lekliwym i nie ma za grosz zaufania do czlowieka. kazda proba przekroczenia jego granicy komfortu konczyla sie ostrzezeniem w formie warkniecia, a naruszenie tego komfortu atakiem. to co przemawialo za tym, ze to nie jest typ psa dominujacego, tylko rozpaczliwie wolajacego o pomoc (nie! nie! nie dotykaj mnie! nie podchodz! ja sie boje! nie podchodz, bo bede musial cie ugryzc!), to sposob w jaki atakowal i kiedy atakowal. atak polegal raczej na odstraszeniu/przegonieniu intruza naruszajacego jego prywatnosc, a nie na jego pogryzieniu. boston nie ma problemu miskowego, nie ma problemu z oddawaniem zabawek. agresji zostal nauczony przez przewodnika! w bardzo krotkim czasie ulozyl sobie lancuch zachowan, ktorego nauczyl go nie kto inny jak jego przewodnik, czyli pan. lancuch ten polegal na porcji wymiany zdan z wlascicielem - mianowicie - pan mija (badz tylko pojawia sie na widnokregu) psa (w domu) pies warczy - pan: co ty robisz?! (do dzis dzwieczy mi to w uszach) - pies: warczy glosniej i intensywniej - pan: co ty robisz?!!! - pies: warczy glosno i klapie zebami w powietrzu (w celu odstrasznia intruza) - pan: chwyta psa i probuje go obezwladnic (kiedy byl maly, konczylo sie to warczeniem podczas przygniatania gagatka do podlogi na wznak), co konczylo sie ugryzieniem wlasciciela i tym samym wypuszczeniem z uscisku - jednym slowem 'wygralem!' - postrzegajac oczami bostona. czyli pies byl nakrecany do ataku krzykiem i uderzal w momentach dla niego krytycznych, co konczylo sie 1:0 dla psa, bo ugryzienie uwalnialo go z opresji (gigantycznego dla niego stresu). podczas 'urlopu' (to byl dla niego naprawde niesamowity wypoczynek i odnowa psychiczna) w moich rekach odkrylam, ze boston ma wielka pasje pilkowa! umozliwilo mi to nie tylko prace z nim na placu (samodzielna na przydomowym parkingu), czyli w posluszenstwie, ale pomoglo w odbudowywaniu wiezi pies<->przewodnik. przy pilce sie odprezal (albo raczej nakrecal pozytywnie

), wreszcie zachowywal sie jak mlody pies i pozwalal na blizszy kontakt. po kilku dniach moglam juz w zabawie przytulic go sobie do brzucha, a potem nawet, za dobrze wykonane cwiczenie, z radosci usciskac i podniesc. jego uchachana geba w takiej zabawie byla najwiekszym sukcesem. cwiczenia wykonywal poprawnie, ale nawet, kiedy cos sie nam nie udawalo, to sama praca i kontakt sprawialy nam wielka radosc i to byl prawdziwy progres w jego resocjalizacji. kilka waszych spotkan ze szkoleniowcem (posiadajaca ONka i szkolaca metodami ONkowymi, czyli kolczatka i smakolyki) wyrzadzily mu taka krzywde, ze nawet delikatna korekta na zwyklej juz obrozy, w celu np. sciagniecia go blizej nogi, powodowaly totalna dekoncetracje, utrate zainteresowania pilka i spuszczenie glowy w ziemie z takim poddanczym i przerazonym grymasem. tak ciezko bylo mi go przekonac, ze nie dzieje mu sie zadna krzywda i nie mam zlych zamiarow, ze przestalismy w ogole uzywac smyczy. (tu padly niemile komentarze na forum o mojej nieodpowiedzialnosci i tego, co mogloby sie stac, gdyby na horyzoncie pojawil sie jakis inny pies, badz czlowiek - ale boston poza domem zachowywal sie poprawnie i pozytywnie wobec ludzi i raczej ulegle, badz przyjacielsko wobec innych psow, poza tym byl wylacznie zainteresowany pilka, wiec otoczenia w ogole nie zauwazal) bez smyczki cwiczylo sie super. same pozytywne emocje, zero lekow, blizszy kontakt psychiczny i fizyczny. kiedy postanowilam nauczyc go aportu, uzylam 8metrowej (mojej) flexi i nauka nie naruszyla jego dobrego nastawienia. smycz 'pracowala' wydajnie i nauka pozbawiona byla naglych czy sztywnych szarpniec. szlo nam to plynnie. kiedy mial juz pilke w zebach - co cieszylo go strasznie, razem z moim werbalnym dopingiem pod postacia piania z zachwytu z poprawnego wykonania cwiczenia - to sciagalam go najpierw delikatnie, a po kilku razach bardziej zdecydowanie do siebie i caly happy przynosil, siadal, oddawal i czekal na kolejne cwiczenie wlepiajac slepia w nagrode. w domu bylo znacznie gorzej i chlodniejsze byly nasze relacje, ale tam rowniez staralam sie rozprezac go pilka. pierwsze dni nauczyly mnie, ze lancuszek szkoleniowy jest nieakceptowalny, a parciana obroze zakladamy dopiero za progiem na klatce. nie zmuszalam go do niczego. ustepowalam kiedy widzialam, ze cos mu nie w smak, ale nie okazujac leku, tylko rezygnujac z dalszych zabiegow o cos, co chcialam osiagnac. skupialam sie na poruszaniu sie i wykonywaniu w jego obecnosci ruchow pewnych, spokojnych, przez niego przewidywalnych i obliczalnych. nie unikalam kontaktu fizycznego, ale nie takiego wymuszonego typu glaskanie czy 'obsluga' psa, tylko niby przypadkowe dotykanie przy okazji jakis manewrow w kuchni i dotykanie boczkow w zabawie z pilka, ale nic co mogloby zmuszac go do tego kontaktu. staralam sie byc jego przyjaciolka, ale wtedy, kiedy on wykazywal taka chec, czyli glaskalam go, kiedy to on o to prosil i zajmowalam sie nim, kiedy to on robil pierwszy ruch w moim kierunku. jednym slowem robilam wszystko, zeby zasluzyc sobie na jego zaufanie. po waszym powrocie opowiedzialam wam o naszych sukcesach i pokazalam w jaki sposob z nim cwiczyc, co przynosi najlepsze efekty i to ze pilka jest kluczem do odbudowywania wiezi. niestety kolejny raz sie zawiodlam i moje wysilki poszly znow na marne. 2 razy rowniez probowalam go wyadoptowac, ale kiedy przychodzilo co do czego, to rezygnowaliscie z pozbycia sie go, tlumaczac, ze jednak go kochacie i nie jestescie w stanie tak komus go oddac. dla mnie najgorszym dramatem z calej tej sasiedzkiej historii byly jego wyczyny nocne (jeszcze zanim mialam z nim przyjemnosc poobcowac, kiedy zostal mi powierzony na tydzien), gdy podczas waszego snu, wchodzil wam na lozko i z zebami przy twarzy twojej malzonki warczal na kazdy ruch, a ty bales sie, ze nie zdazysz go chwycic tak, zeby w odwecie nie odgryzl kasi pol twarzy (wiec jedynym wyjsciem bylo odczekac kilkadziesiat minut w bezruchu czekajac az sam zrezygnuje i zejdzie na podloge). przerazilam sie i zupelnie zalamalam. dla mnie to byl koniec. koniec tego psa. ale pozyczylam wam wtedy jedna z moich klatek i poradzilam zamknac w niej na noc. rano dowiedzialam sie, ze boston nie spal w klatce, bo 'sie w niej meczyl'. przyznam, ze totalnie juz wtedy opadly mi rece. (mieszkanie, w zwiazku z tym ze jednoprzestrzenne, zostalo podzielone plotem na czesc psia i niepsia, by podczas pobytu w pracy nie demolowal i nie niszczyl - dlaczego nie byl zamykany na noc za plotem?) po waszej przeprowadzce slyszalam tylko relacje mowiace o poprawie jego stanu psychicznego, ze problem sam sie rozwiazal, ze juz nie ma z nim klopotow. niestety nie ma mnie tam i pojecia nie mam jak naprawde jest, ale teraz widze, ze nic sie nie zmienilo i te relacje byly tylko kitem, zebym sie nie martwila i juz nie zajmowala waszymi sprawami.
wam sie nie da pomoc! prosicie o pomoc, a kiedy pomoc nadchodzi, to albo z niej rezygnujecie, albo wysluchacie i i tak robicie po swojemu, bo tak naprawde nie rozumiecie co sie do was mowi. pare stron druku o psychice bostona, ktory wskazalam do przeczytania i przeanalizowania, zostal potraktowany bardzo niedbale i, co mnie zdziwilo, nie zainteresowalo to was, ani nie zmusilo do poglebienia swojej wiedzy w tym temacie. jakiej zatem oczekujecie pomocy? magicznej pigulki, po ktorej boston stanie sie grzecznym chlopcem? bardzo prosze - 2 razy dziennie po 2 tabletki sedalinu i bedziecie z nim mogli nawet spac w lozku, ale do zalatwiania potrzeb bedziecie musieli go wynosic i trzymac podczas tych czynnosci, zeby sie nie obalil na glebe.
pozdrawiam
paula & boksery